DOŁĄCZ!

Translate

czwartek, 6 lipca 2017

Uwielbiam małe klęski urodzaju! Czyli o pierwszych letnich plonach.



Znowu zdarzyło mi się nie być w ogrodzie tydzień... tydzień! No 8 dni dokładnie. Przełom czerwca i lipca. I zdezorientowana latałam między grządkami i nie wiedziałam, od czego zacząć... Ale nie o plewienie chodzi ani podlewanie (choć też było), lecz jedną z przyjemniejszych chyba rzeczy - zbiory.


Pierwsze co zwróciło moją uwagę, to mnóstwo jabłuszek na ziemi - papierówek, bo są przy wejściu na działkę. Musiało mocno wiać... Wybrałam te co bardziej żółte i te co bez siniaków, bo pomyślałam sobie, że tak szkoda i że może dojrzeją w słońcu na balkonie niczym pomidory...



Wiedziałam, że już po truskawkach - i faktycznie, te, co zostały, już dorobiły się swoich amatorów - mrówek, ślimaków itp. Za to poziomki - mmm.... nie doczekały żadnego zdjęcia. Rzadko doczekują.

Maliny... kilka tam było dojrzałych, ale po tygodniu większość przejrzałych! Trochę udało mi się zebrać...



Wiśnie to wiedziałam, że gotowe już są, ale tydzień temu były jeszcze kwaśne, choć jadłam je po trochę. Dzisiaj - no cóż, większość zaanektowały robaki - pełno małych dziurek. Do tego mrówki. I powoli przejrzewają. Spóźniłam się tutaj na resztę plonu. Ostatni pojemnik zebrany.

Największym zaskoczeniem były czereśnie, bo były ledwo ledwo co zielone, a dziś przychodzę, patrzę w górę, a tam pół drzewa czarne - CZARNE! To jak patrzeć w wielką, burzową chmurę, nadciągającą szybko, będąc na polanie w środku lasu... Nazbierałam trochę, myślę, że trafiłam akurat na czas. Więc zapowiada się dieta czereśniowa przez kolejny tydzień lub dwa.



Przy drodze zobaczyłam, że ludzie już sprzedają bób, więc i swój urwałam... I znów, po trochę, bo całego naraz to nie zjem. Część zostawię na nasiona. Bób bardzo wdzięczny i mimo, że sporo na nim mszyc było, to nawet całkiem ładnie plonuje. Zebrałam też parę strączków groszku i resztę już zostawię na nasiona, bo już zbyt pękaty jest i przejrzał.



Porzeczki trikolor. Czarne, czerwone i białe. Mniam!



A najpiękniejszym plonem są ostróżeczki polne i rudbekie. Do zjedzenia oczami.



I jeszcze taki prezent dostałam ostatnio... bardzo wyjątkowy. Piękny, dębowy pieniek z wyrytą nazwą bloga... Przepiękny!





Joanna.


5 komentarzy:

  1. Pomysłowy prezent :-) same pyszności w ogrodzie. Jaka to radość... U nas teraz czas porzeczek i agrestu, to zajadamy tak prosto z krzaczkow... A bób chyba jutro go zbiore na kolację :-) bukiecik uroczy, takie prawda zjadam oczami:-) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Czy ja wiem czy takie małe... ;-)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli to są małe klęski urodzaju to moich nawet nie warto pokazywać. :D Ach! Aż mi smaka na te naturalne słodkości narobiłaś.

    OdpowiedzUsuń