DOŁĄCZ!

Translate

wtorek, 3 stycznia 2017

Stratyfikacja nasion - skąd wiedzieć, czy musisz to robić?

Styczeń mamy, zima się zaczęła, a ogrodnik już myśli, co tam będzie sadził na wiosnę (wszak niedługo!) albo jak zaplanować warzywnik (na przykład jak ja, tutaj) na przyszły sezon.
Ogrodnik siada w długie wieczory i studiuje literaturę (mój przegląd wybranych pozycji ogrodniczych tutaj).
Ogrodnik następnie zagląda do swojego zbioru nasion albo patrzy na listę zakupów i zastanawia się zawczasu, co i jak z tymi wszystkimi trzeba robić - te w lodówce przechować, a może nie trzeba, a tamtym łuski pouszkadzać, żeby się kiełek wybił, a inne w piasku zakopać i trzy razy przez ramię splunąć...

Przesada? Może nie.

Ale ja mam prostą zasadę, jak zdeterminować, czy w ogóle i, jeśli tak, to co z nasionami można zrobić przed wysiewem. Można, nie trzeba. Ale do rzeczy...

Stratyfikacja to przygotowanie nasion do kiełkowania, najczęściej, używając tego terminu, mamy na myśli przechłodzenie nasion po prostu. Ma na celu wybudzenie nasionka ze snu i przyspieszenie kiełkowania. W naszych warunkach robi się to najczęściej w lodówce, przy tym jest wiele poradników i zasad, w czym trzymać i jak długo. Są też publikowane listy roślin, których nasiona takiej stratyfikacji należy poddać, przy czym listy te czasami ze sobą się nie zgadzają... jak to internetach.
I szukasz informacji, co zrobić z Twoim nasionkiem świdośliwy, które właśnie idzie do Ciebie z allegro, a tu się okazuje, że kilka lat poczekasz...



Dlatego:

Upewnij się.
Przemyśl dobrze, co chcesz siać z nasion, bo czasem okazuje się, że kuszeni pięknym wyglądem egzotycznej rośli i doświadczeniem z nią innego kolegi po fachu, kupujemy nasiona, najczęściej przez internet, a potem 1. po wsadzeniu lipa i nawet zapominamy, gdzie wsadziliśmy; 2. wkładamy extra wysiłek, żeby kiełkować w domu, folią okładać, udawać tropiki albo Syberię, a po wysiłku nici.


Kiedyś zamarzyła mi się piękna albicja - no drzewo cudowne, jedwabne, kwitnące jak bajka. Posiałam kilka, nawet skiełkowało. Mała albicja była członkiem rodziny na parapecie przed dwa tygodnie, po czym niespodziewanie odeszła. A ja do tej pory zapomnieć nie mogę. (No i zdjęcia nie zdążyłam zrobić...)

Nie zniechęcam do eksperymentów - wręcz przeciwnie, słuchaj serducha i jak chcesz mieć nawet sekwoję w ogrodzie, to dąż do tego. Ale przedtem UPEWNIJ SIĘ.
Upewniłeś się? To krok następny.

Studiuj. 
Dowiedz się o swojej roślinie WSZYSTKIEGO. Skąd oryginalnie pochodzi, jak wygląda, na jakiej ziemi rośnie, w jakich warunkach. Pooglądaj zdjęcia. W słońcu czy w cieniu. Przy rzece czy na pustyni. A może w lesie albo w górach? Jak dokładnie wyglądają pory roku w jej rodzimym środowisku. Jakie są średnie roczne temperatury. Jak długie dni, jak słońce operuje. Jak dużo deszczu. Jak jak jak... wiesz, o co chodzi - poznaj jej środowisko. Jak szpieg. 
Wiesz już pewnie, do czego zmierzam.

Prosta zasada brzmi:
Kopiuj Naturę (jak się da najlepiej). 

 
Przykład:
Nasionko klonu odrywa się i ląduje na ziemi. Tam pada na nie deszcz i świeci słońce. Tam przysypują go liście. Poznaje śnieg i mróz. Potem się ociepla i albo kiełkuje, albo nie - czeka do lata, jesieni, zimy, kolejnej wiosny, żeby dopiero wykiełkować. A może i dwa lata... A może nie wykiełkuje wcale, bo klon sporo nasion ma i stawia na ilość, a nie na jakość? 
To stratyfikować takie czy nie? 

Teraz moja, skromna, opinia. 
 
szaleństwo w 2014 :)
Nasze rodzime rośliny (w tym kontekście takie, co to u nas zimują, mogą być z tych terenów lub udomowione itp.) lubię rozsiewać (jeśli już) w czasie, kiedy mają nasiona. Mam pewność, że przetrwają zimę, a jeśli do kiełkowania potrzebują dwóch lat, to będą je w ziemi miały.
Kiedy sieję coś nie-stąd, najczęściej chyba kwiaty jednoroczne, no i oczywiście niektóre warzywa, to czytam etykiety, opakowania albo szperam wcześniej, żeby dowiedzieć się o danej odmianie. Oczywiście, nie jestem wolna od spontanicznego kupowania, kierując się pięknym makro na torebce... 
Ale zdarza mi się to coraz rzadziej, bo wiele już takich mam doświadczeń, nie zawsze udanych. A czasem udanych - na przykład ten pomarańczowy kosmos takim przypadkiem kupiłam i się ostał w ogrodzie... :).


Raz też stratyfikowałam różne nasiona w lodówce w jakimś torfie czy piachu. Pół półki mi zajmowały. Część wyrosła, część nie, a zabawy było. Wtedy ta zabawa mi się podobała. Zrobiłam, doświadczyłam.

 

Najciemniej pod latarnią czasem.
To może lepiej posiać aksamitki...


Albo wsadzić sadzonkę... ;)

 

A Ty - stratyfikujesz? Obserwujesz? 



Joanna. 

10 komentarzy:

  1. Super wpis, znalazłam wiele odpowiedzi na moje pytania :) dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  2. już czekam na wiosnę :) ale zimowy odpoczynek dla ogrodników też się przydaje...

    OdpowiedzUsuń
  3. bardzo refleksyjnie :-) podoba mi się :-) moje ulubione "albo i nie". Też się kiedyś bawiłam w lodówce, z kwasem, piaskiem. Ale mi przeszło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no właśnie :) to chyba czasem tak jest, że trzeba doświadczyć, żeby przeszło :)

      Usuń
  4. Dzięki za te ten wpis, dowiedziałam się z niego wiele ciekawych rzeczy. Pozdrawiam cię serdecznie i czekam na kolejny!

    OdpowiedzUsuń
  5. A dzie ty jesteś? :P Ja grzebie na RODzie koło halinowa, mazowieckie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Stratyfikuję te , które należy, inne same się stratyfikuję wysiewając w jesieni:) Bardzo pomocny wpis. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo fajny artykuł zamieściłaś. Zdecydowanie warto odwiedzać twój blog. Każdy miłośnik ogrodów znajdzie tu coś dla siebie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Kochana, a nie podzieliłabyś się ze mną nasionkami tego pomarańczowego kosmosu? Śliczny jest, pierwszy raz go widzę. Mogę się wymienić, bo też mam różne nasionka:) Zapraszam do kontaktu na klaudiat@gmail.com :) Ps. Uwielbiam Twojego bloga :*

    OdpowiedzUsuń