DOŁĄCZ!

Translate

środa, 24 maja 2017

Przywilej uprawiania ziemi. Własność i konsumpcjonizm kontra permakulturowe impresje i ogólnie pojęta wdzięczność.



Człowiek, trochę jak kot, przywiązuje się do miejsca. Człowiek kupuje miejsce, płaci za nie - za dom, za działkę, za miejsce na cmentarzu, za ogród wreszcie. Człowiek kupuje lub wynajmuje kawałek ziemi. Ja wynajmuję kawałek ziemi, żeby móc go uprawiać, i zwę go Moim ogrodem, Moją działką. Taka dumna, no przecież to moje, moje jest...

Ponoć gdy Indian w Ameryce najechali tzw. cywilizowani ludzie i dawali im różne papiery do podpisania (tym, którzy ten najazd przeżyli), mówiąc, że to umowy sprzedaży ziemi, na której od baaaaardzo długiego czasu Indianie mieszkali - oni podpisywali, dziwiąc się, co ten biały człowiek wymyśla - jak można handlować ziemią? Jak można sprzedać ziemię? Ziemia przecież nie jest własnością.

Zdobycz cywilizacji - własność.

Kupujemy coraz więcej, posiadamy coraz więcej, całe dnie siedzimy w pracy, aby dostać za to pieniądze, za które kupujemy i kupujemy bez końca. Trzeba wciąż zarabiać, żeby wciąż wydawać, a koło się kręci, a my jak te chomiki w kołowrotku - ciągle biegiem i ciągle do przodu, którego nie ma.

Z ogrodem, a już zwłaszcza permakulturowym, sprawa jest taka, że to inwestycja na lata, na dziesiątki lat nawet. Zaczynasz od uprawy ziemi przecież, inwestujesz, żeby poprawić jej jakość, żeby gleba była dobra, bo wtedy to, co w niej urośnie, będzie dobre. Ja na jesień 2015 nie przekopywałam, tak zaczęłam. I sezon 2016 był trudny, bo ziemia nie przekopana, ale jeszcze nie odbudowana. Więc budowałam ją cały rok, ściółkując, coś tam uprawiając, nie kopiąc, nie grzebiąc głęboko, podlewając gnojówkami, układając warstwy i tak dalej. Wydaje mi się, że minęły lata, bo już nie pamiętam tej konwencjonalnej uprawy. Już nie wyobrażam sobie przekopać na jesień, wbić łopaty i przewrócić. Nie wyobrażam sobie kłaść tej czarnej agrowłókniny, co to ją kładłam między cukinie, żeby chwasty nie rosły (działało). Nie wyobrażam sobie braku ściółki, zostawiania tej ziemi takiej nagiej. A to przecież ponad rok tylko minął, co to jest... Ile trzeba lat, żeby sfatygowana ziemia wyzdrowiała?



Dlatego to inwestycja na lata. I dobrze jest do tego mieć swoją ziemię, myślimy. Miejsce, w którym człowiek jest zakorzeniony, jak stare drzewo i sobie tam może grzebać i grzebać i eksperymentować i robić, co chce. Bo ziemia jest jego.

Czy na pewno?

Zgłębiając temat permakultury, wyłoniło mi się takie założenie, że kompleksowy projekt permakulturowego ogrodu ze wszystkimi jego elementami, który ma służyć i Tobie, i innym, nie ma produkować odpadu, ogród, w którym cykl się zamyka - taki projekt to inwestycja na dziesiątki, setki lat. Taki ogród wyżywi Twoje wnuki i prawnuki, pokolenia. Taki ogród jest samowystarczalny, tak bardzo naturalny, tak dobrze skomponowany, zawierający wszystkie niezbędne elementy (w tym człowieka jako ogniwo), że będzie po prostu działał jak dobrze naoliwiona maszyna. Przez lata. Z korzyścią dla wszystkich, nie szkodząc nikomu.

Ponieważ tak wielu lat potrzeba, żeby taki "idealny" ogród stworzyć, powiecie, to po co się fatygować, skoro nie mamy swojego miejsca, nie wiemy, gdzie będziemy za 5 lat, nie mamy tyle czasu, bo już byśmy chcieli te pomidory mieć i czereśnie rwać - to po co się tak męczyć, zapytacie, po co, kiedy można przekopać, nawieźć (nawet naturalnie) i nie myśleć o jutrze, bo przecież w tym jutrze to nas nie będzie już.

Hm...



Stojąc na progu swojego-nie-swojego ogrodu wiem, że nie zostanę tutaj na zawsze, a jednocześnie jakikolwiek krok w dobrym kierunku zrobię, będzie on częścią czegoś większego. Nawet jeśli ktoś wyrwie te kwiaty, co je posadziłam, albo zetnie drzewo, które daje owoce. Nawet, jeśli ktoś przeora cały warzywnik i wysieje tam trawę. Częścią życia jest ciągła zmiana. Liczy się to, co jest teraz. Nie przewidzę tego, co będzie za 5, 10 czy 50 lat, ani nawet jutro. Jeśli bym ciągle myślała, że i tak umrę, to po co wstawać w ogóle z łóżka rano... a przecież umrę w końcu. Może nawet jutro. Czy to znaczy, że mam na siłę oczu nie otwierać?

I tak widzę sprawę z tym kawałkiem ziemi. Nie jest mój, ale i tak się staram. Nawet, jak na papierze jest mój, to wcale nie jest mój - może na tym samym papierze zostać mi odebrany albo ukradziony, może zostać oddany, może zmienić przeznaczenie, może w końcu zostać porzucony przeze mnie, bo ja tu jestem tylko gościem i na chwilę. Ziemia dalej będzie i naturalnym dla mnie jest o nią dbać po prostu. W każdej chwili robić coś najlepiej. W każdym miejscu. A jeśli przy okazji okaże się, że - tak - zostaniesz tam całe życie i Twoja rodzina i wnuki też tam zostaną, to dodatkowy plus. Jeśli przy okazji okaże się, że zaprojektujesz permakulturowe perpetum mobile, to +1 dla Ziemi i jej mieszkańców. Jeśli jeszcze przy okazji czujesz wdzięczność za ten przywilej, a nie poczucie, że coś Ci się należy, to żadna potencjalna zmiana w tzw. przyszłości nie będzie Ci już straszna.




Joanna.



4 komentarze:

  1. W dziwnym kierunki poszła ludzkość. Przecież kiedyś nasi praprzodkowie mogli się przemieszczać bez ograniczeń. Potem jakieś silne plemię lub rodzina przeganiała kijami lub maczugami innych z zaanektowanego kawałka np urodzajnej ziemi. Później tzw cywilizowany człowiek ustanowił "prawo"(?) by legalnie móc przeganiać innych ze "swego" kawałka terenu. Teraz ziemia stała się, jak większość przedmiotów, towarem i przedmiotem spekulacji.
    Dla mnie też nie liczy się ilość zebranych plonów ale ich jakość i perspektywa, że coś tworzę na przyszłość. Niestety "producenci żywności"(nie rolnicy) muszą, tkwiąc w systemie gospodarczych powiązań i zależności, osiągać zyski nawet za cenę zdrowia czy życia odbiorców swych "produktów".

    OdpowiedzUsuń
  2. <3
    Jedna pani opowiedziała mi taką historię, w której stała z jednym panem na wysokim piętrze budynku i on, rolnik, pokazywał jej- stąd dotamtąd to wszystko moje, na tym gospodarzę.
    Pani wyraziła podziw/zazdro, że może z tym zrobić co chce, las posadzić albo sprzedać kawałek i mieć pieniądze na coś tam. Wtedy on odpowiedział-a skąd, to nie moje, mój dziadek i ojciec starali się, żeby było w jednym kawałku, uprawiane, nie mogę, to musi tak zostać dla dzieci.
    (no i zaraz ta kalka o "Ziemi pożyczonej od naszych dzieci")

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzień dobry, wpis ukazał się dzisiaj na portalu PatiCafe.pl
    Serdecznie pozdrawiam :) Patrycja

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam poczucie, że to raczej ja należę do tej ziemi a nie ona do mnie i to do mnie należy służenie jej. Ja się staram jak najlepiej a ona opiekuje się mną. Ten mój kawałek ziemi jest malutki, raptem 14 arów, w tym zabudowania. Zamarzyło mi się aby go powiększyć, chciałam kupić ten rodowy hektar no to się okazało, że już nie mogę. Nawet się już denerwować na to nie mam ochoty. No bo może faktycznie, co ja sobie wyobrażam. Czy będę bardziej służyć ziemi posiadając papier, że jest ona moją własnością? A jednak, system jest jaki jest. Ułatwiłoby to sprawę. Tymczasem pozostaje wdzięczność za to co jest i otwarcie się na to co może być.
    Pozdrawiam. Edyta

    OdpowiedzUsuń